Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjem cię. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zjem cię. Pokaż wszystkie posty
2 kwi 2010
Chleb z otrąb
Posted by
ts
Będzie to o kolejnym chlebie na tym blogu (mam nadzieję, że na razie ostatni). Chleb przeznaczony dla wszystkich, a w szczególności dla osób na modnej ostatnio diecie proteinowej, która dopuszcza zjedzenie otrąb w postaci usmażonych placków. Skoro otręby dopuszczone, to można spróbować zrobić chleb.
Użyte otręby to otręby żytnie, pszenne i owsiane.
Najpierw zakwas: dwie łyżki zakwasu żytniego (trzeba jakoś wystartować) i po łyżce każdych otrąb + trochę wody, wymieszać zostawić. Codziennie przez 4-5 dni dodawać po łyżce otrąb + woda. Trzymać w cieple. Po pięciu dniach zakwas jest dobrze przygotowany.
Czas na chleb. Po pół kubka każdych otrąb zalać kubkiem wrzątku, wymieszać i zostawić do wystygnięcia. Zaparzanie uwolni i skleikuje skrobię, chleb będzie wilgotniejszy. Drugi sposób to zrobienie zasmażki - otręby należy podsmażyć (ale nie przypalić!) i zalać kubkiem zimnej wody, wymieszać i pozostawić do wystygnięcia. Chleb uzyska fajny aromat.
Wystygniętą masę dobrze rozdrobnić widelcem i dodać kubek/półtora zakwasu i jedno lub dwa jajka. Wszystko dobrze wymieszać/wyrobić. Dolewając wody lub dodając nieco otrąb należy uzyskać dość gęstą masę (coś jak gęsta kasza manna). Masę zostawić na 20 minut, ponownie dobrze wymieszać (można dodać trochę wody jak za bardzo zgęstnieje), przełożyć do wysypanej otrębami formy tak do 2/3 wysokości. I zostawiamy na 2h. Masa raczej nie będzie rosła, chodzi głównie o to aby zakwas popracował.
Pieczenie w piekarniku w temperaturze 210-220 stopni (bez termoobiegu, tylko z dolnym grzaniem) przez 40-60 minut. Na ostatnie 10 minut temperaturę można zmniejszyć do 190 stopni. Po wyjęciu od razu wyciągamy z formy i wkładamy do gorącego jeszcze piekarnika na 5-10 minut do góry nogami. Chodzi o dobre wysuszenie skórki. Niestety chleb nie nadaje się jeszcze do jedzenia, musi wystygnąć i dojrzeć przez 12h - potem można jeść nawet kilka dni.
Jest wilgotny, kwaskowy, bardzo aromatyczny i ciężki. Wbrew temu co widać na zdjęciach - nie kruszy się - trzyma się kupy.
Mi smakuje bardzo (mimo że to nie ja jestem na diecie).
Aha - do pozostały zakwas dokarmiamy przez dwa dni i można piec następny chleb i tak można non-stop.
19 lut 2009
TGI Fridays, Warszawa (*)
Posted by
Unknown
Żeby uczcić pewną rocznicę poszliśmy ze znajomymi na jedzenie. Z uwagi na rozmaitość gustów uznałem, że kuchnia southwestern będzie bezpiecznym wyborem - co można zepsuć we frytkach, burgerach, sosie bbq i okolicach? Zwłaszcza we Friday's, które jeszcze parę lat temu serwowało te potrawy ze sporym wdziękiem. A jednak, da się zgubić poziom. Obsługa nie uśmiecha się, tak jak kiedyś. W czasie zbierania zamówień można odczuć jakis rodzaj niecierpliwości, a raczej nieobecności - wyrażającej się pominięciem niektórych gości. Wszystko to w zacnym towarzystwie jest wybaczalne i zbywalne śmiechem, ale kiedy na stole pojawia się jedzenie, żarty się kończą. I tu następuje dramat: jedzenie w TGI Fridays stało się kiepskie. Zapowiedzią tego były dziwnie duże ilości resztek na talerzach odnoszonych po pozostałych gościach. Rozgotowany makaron, za dużo soli, za dużo tłuszczu, jeszcze słabszej jakości składniki niż w czasie poprzedniej wizyty - porażka w porcjach XXL, podkreślona nieadekwatnie wysokim rachunkiem. Mimo wszystko, udany wieczór, ale tylko dzięki znajomym.
29 gru 2008
Lokanta, Warszawa (**)
Posted by
Unknown
Przed świętami wybrałem się na biznesowo niezobowiązujące spotkanie ze znajomym. Jako miejsce akcji zaproponowałem turecką Lokantę, której kucharza jestem fanem. Niestety tylko kucharza. Na podstawie obsługi można napisać książkę o tym jak nie prowadzić restauracji. Gość na progu, owszem, jest witany, ale spojrzeniem spode łba, albo lekceważącym. Przed wybraniem sobie stolika najlepiej od razu poprosić o komplet kart (dań i win), bo nie warto czekać aż kelnerom przyjdzie do głowy je zaproponować. Trzeba też zapomnieć o możliwości doradzenia się w sprawie menu. Zresztą, czy chciałoby się rozmawiać z kimś, kto ma wyraz twarzy jakby pracował za karę? Kara się należy, za niewprawne i kłopotliwe układanie sztućców i talerzy na stole wokół i nad głowami gości.
Jedzenie to zupełnie inna sprawa - jest pyszne. Ale pysznie to sobie sam potrafię ugotować, a jak chcę obskurnej obsługi to idę na Centralną. Dwie gwiazdki, a mogłoby być o wiele lepiej.
Jedzenie to zupełnie inna sprawa - jest pyszne. Ale pysznie to sobie sam potrafię ugotować, a jak chcę obskurnej obsługi to idę na Centralną. Dwie gwiazdki, a mogłoby być o wiele lepiej.
10 lis 2008
Toga, Poznań (****)
Posted by
Unknown
W sobotni wieczór to miejsce powinno być pełne. Jadąc na kolację zastanawiałem się, czy dobrze zrobiliśmy nie rezerwując stolika. A jednak: niewielka Toga była zupełnie pusta. Piwniczne wnętrze zajmują kamienne stoliki, na których porozkładano jesienne rekwizyty - dynie, nieco liści. Nie zdążyliśmy wszyscy wejść a gospodarze już stali przy drzwiach żeby nas przywitać.
Usiedliśmy w przytulnej, ciepłej salce i przystąpiliśmy do studiowania kart. Niewielka liczba egzemplarzy, skreślenia, dopiski i bezpretensjonalny wygląd świadczą o doprecyzowywaniu sezonowych szczegółów menu. Zaczęliśmy od wina. Chianti to być może banalny wybór, ale wino to okazało się rewelacyjne.
Zamówiliśmy dania - zupy i "konkret" i oddaliśmy się rozmowie. Długiej, bo w kuchni operuje tylko gospodyni. Z tego powodu lepiej przychodzić do Togi zanim kiszki zaczną marsza grać naprawdę głośno. Można za to wreszcie porozmawiać (rzadka przyjemność w czasach komunikacyjnych ułatwień), albo choćby poczytać. Muzyka w tle nie przeszkadza zupełnie.
Myśmy się nagadali, napili, niektórzy zjedli nawet zupy, aż w końcu pojawiły się talerze z main course. Moim były naleśniki z mięsem. Pięknie zaprezentowane, a jeszcze smaczniejsze - bardzo prosta potrawa, a znakomicie skomponowana mieszanka wyrazistych smaków. Najlepsza rzecz jaką jadłem w tym roku. Na deser - tradycyjnie już - zjadłem bardzo przyjemny, domowy sernik i spróbowałem równie udanej bezy (a właściwie czegoś na kształ brytyjskich pie).
Fantastyczna kuchnia. Celująca, naturalna obsługa. Wnętrze zaarażowane z sercem. Do Togi powinny ustawiać się kolejki. Pod pretekstem kolejnych wizyt w Poznaniu z pewnością zajrzę tam ponownie, żeby w zgodzie z regułami dodać piątą i szóstą gwiazdkę.
Aha, restauracja ma wkrótce zmienić adres - warto śledzić informacje o nowym położeniu.
Usiedliśmy w przytulnej, ciepłej salce i przystąpiliśmy do studiowania kart. Niewielka liczba egzemplarzy, skreślenia, dopiski i bezpretensjonalny wygląd świadczą o doprecyzowywaniu sezonowych szczegółów menu. Zaczęliśmy od wina. Chianti to być może banalny wybór, ale wino to okazało się rewelacyjne.
Zamówiliśmy dania - zupy i "konkret" i oddaliśmy się rozmowie. Długiej, bo w kuchni operuje tylko gospodyni. Z tego powodu lepiej przychodzić do Togi zanim kiszki zaczną marsza grać naprawdę głośno. Można za to wreszcie porozmawiać (rzadka przyjemność w czasach komunikacyjnych ułatwień), albo choćby poczytać. Muzyka w tle nie przeszkadza zupełnie.
Myśmy się nagadali, napili, niektórzy zjedli nawet zupy, aż w końcu pojawiły się talerze z main course. Moim były naleśniki z mięsem. Pięknie zaprezentowane, a jeszcze smaczniejsze - bardzo prosta potrawa, a znakomicie skomponowana mieszanka wyrazistych smaków. Najlepsza rzecz jaką jadłem w tym roku. Na deser - tradycyjnie już - zjadłem bardzo przyjemny, domowy sernik i spróbowałem równie udanej bezy (a właściwie czegoś na kształ brytyjskich pie).
Fantastyczna kuchnia. Celująca, naturalna obsługa. Wnętrze zaarażowane z sercem. Do Togi powinny ustawiać się kolejki. Pod pretekstem kolejnych wizyt w Poznaniu z pewnością zajrzę tam ponownie, żeby w zgodzie z regułami dodać piątą i szóstą gwiazdkę.
Aha, restauracja ma wkrótce zmienić adres - warto śledzić informacje o nowym położeniu.
8 lis 2008
Brovaria, Poznań (****)
Posted by
Unknown
Z zaprzyjaźnionymi artystami umówiliśmy się na Starym Rynku, gdzie w chwilę uzgodniliśmy, że idziemy zjeść i porozmawiać do Brovarii. Restauracja i browar mieszczą się w jednej z kamienic opodal. Weszliśmy do jasnego wnętrza i nieco zignorowani przez obsługę zajęliśmy wybrany stolik. Minimum dekoracji, dużo przestrzeni i światła - klasyczna, przyjemna atmosfera. Restauracja ma też część piwniczną, w której jest równie miło, choć oczywiście mniej widać.
Zmartwiona - sądząc po wyrazie twarzy - czymś kelnerka podała nam karty: czyste, proste, złożone na cztery kartoniki z podobnie niewielką sezonową wkładką. Menu niezbyt rozbudowane, przejrzyste, dość dobrze opisane. Zamówiliśmy lokalne piwa i oddaliśmy się dyskusjom o świecie sztuki, biznesu i śmietanki towarzyskiej - jak to młodzi ludzie w naszym typie. Kiedy przyniesiono owoce pracy piwowarów poprosiliśmy o główne dania - znajomi lasagne, ja kurczaka z puree z ziemniaków i warzywami. W oczekiwaniu na jedzenie rozmowa toczyła się dalej, przerywana łykami niezłego, choć nie powalającego piwa.
Jedzenie pojawiło się w tym samym momencie (ile restauracji każe części stołu czekać na swoją kolej...), na prostych talerzach, przyjemnie skomponowane dla oka. Kilka pierwszych kęsów mięsa, jeden brokuł i odrobina puree i poczułem wewnętrzną błogość: oto jest dobre, proste jedzenie, w sam raz przyprawione, w sam raz ugotowane i w idealnej temperaturze. Mięso zawinięto w plasterki boczku, który je nasolił, oddał nieco smaku i pozwolił ziołom pod spodem ładnie podziałać. Brokuły i marchewka al dente. Puree kremowe. Nic skomplikowanego, a tyle radości. Ach i subtelny sos kurkowy, współgrający z daniem, a nie - jak to czasem bywa - topiący je. Jedyne zastrzeżenie jakie mam, to rozmiar porcji - minimalnie za duża. Lasagne znajomych (które błyskawicznie zniknęły) były nieco rozsądniejszych rozmiarów.
Na deser poprosiłem o pewnie najprostszą rzecz w karcie deserów, czyli sernik. Dobry sernik to dobra kuchnia. Ten w Brovarii jest całkiem, całkiem, ale do ideału trochę mu brakuje: powinien być bardziej puszysty. Chwali się za to ubita śmietana.
Dla kompletności doświadczenia sprawdziłem też toaletę - czysto, chociaż wolałbym jaśniejszy wystrój i mniej dotykowych sanitariów.
Świetna restauracja na spokojny obiad, czy kolację i poważne rozmowy z przyjaciółmi. Z przyjemnością wrócę, żeby spróbować innych piw, a może win i dodać gwiazdkę.
Zmartwiona - sądząc po wyrazie twarzy - czymś kelnerka podała nam karty: czyste, proste, złożone na cztery kartoniki z podobnie niewielką sezonową wkładką. Menu niezbyt rozbudowane, przejrzyste, dość dobrze opisane. Zamówiliśmy lokalne piwa i oddaliśmy się dyskusjom o świecie sztuki, biznesu i śmietanki towarzyskiej - jak to młodzi ludzie w naszym typie. Kiedy przyniesiono owoce pracy piwowarów poprosiliśmy o główne dania - znajomi lasagne, ja kurczaka z puree z ziemniaków i warzywami. W oczekiwaniu na jedzenie rozmowa toczyła się dalej, przerywana łykami niezłego, choć nie powalającego piwa.
Jedzenie pojawiło się w tym samym momencie (ile restauracji każe części stołu czekać na swoją kolej...), na prostych talerzach, przyjemnie skomponowane dla oka. Kilka pierwszych kęsów mięsa, jeden brokuł i odrobina puree i poczułem wewnętrzną błogość: oto jest dobre, proste jedzenie, w sam raz przyprawione, w sam raz ugotowane i w idealnej temperaturze. Mięso zawinięto w plasterki boczku, który je nasolił, oddał nieco smaku i pozwolił ziołom pod spodem ładnie podziałać. Brokuły i marchewka al dente. Puree kremowe. Nic skomplikowanego, a tyle radości. Ach i subtelny sos kurkowy, współgrający z daniem, a nie - jak to czasem bywa - topiący je. Jedyne zastrzeżenie jakie mam, to rozmiar porcji - minimalnie za duża. Lasagne znajomych (które błyskawicznie zniknęły) były nieco rozsądniejszych rozmiarów.
Na deser poprosiłem o pewnie najprostszą rzecz w karcie deserów, czyli sernik. Dobry sernik to dobra kuchnia. Ten w Brovarii jest całkiem, całkiem, ale do ideału trochę mu brakuje: powinien być bardziej puszysty. Chwali się za to ubita śmietana.
Dla kompletności doświadczenia sprawdziłem też toaletę - czysto, chociaż wolałbym jaśniejszy wystrój i mniej dotykowych sanitariów.
Świetna restauracja na spokojny obiad, czy kolację i poważne rozmowy z przyjaciółmi. Z przyjemnością wrócę, żeby spróbować innych piw, a może win i dodać gwiazdkę.
21 paź 2008
Banja Luka, Warszawa (***)
Posted by
Unknown
Kolega z pracy wrócił z kilkumiesięcznej zagranicznej misji, co wymagało omówienia przy jedzeniu i piciu. Zdecydowani na kuchnię bałkańską i zachęceni przeczytanymi recenzjami wybraliśmy się do Banja Luki. Restauracja wita ciepłem i mieszanką interesujących zapachów, które niewprawny nos przypisać mógłby egzotycznym drzewom i, być może, jakimś przyprawom. Wnętrze jest urządzone na podobieństwo "gospody" - drewniane, rustykalne pozory dla delikatnych mieszczuchów.
Na powitanie od razu rzuca się również ucharakteryzowana obsługa. Zajęliśmy wskazany stolik - szczęśliwie dla mojej ciekawości tuż obok baru i kuchni. Dzięki temu przez cały wieczór mogłem obserwować krzątanie się personelu i podsłuchać mniej reprezentacyjne zdania.
Karty, dla odmiany po paru ostatnich lokalach, czyste. Jak wszystkie inne rekwizyty, tak i je stylista oprawił drewnianymi płytkami, a stronicom nadał wygląd wiekowych, zczytanych arkuszy o przypalanych brzegach. W każdym razie z dokładnością do możliwości druku - czyli mało przekonująco. Menu jest dość obszerne, ale nie przytłacza i bez problemu można zdecydować się na którąś z potraw. Postanowiliśmy jednak porozmawiać z kelnerką o detalach, co dało początek kilku przyjemnym konwersacjom w trakcie naszej konsumpcji, z których dowiedzieliśmy się m.in. kiedy oczekiwać świeżych owoców morza, które wina są godniejsze uwagi, a także tego, że obsługa jest kształcona w swoim fachu.
Żeby wpisać się w nastrój (lub, jeśli wolicie, ulec sugestiom z karty) zaczęliśmy od kieliszka gruszkowej rakiji. Niestety nie należę do entuzjastów mocniejszych trunków, więc napiszę tylko, że ów destylat jest przyjemniejszy niż wódka, ale jeden kieliszek wystarczy. Wierzę jednak, że każdy normalny obywatel naszego kraju, który na weselach wali wódę i śpiewa W stepie szerokim byłby wniebowzięty.
Przystawki w postaci sałatek (moja z ogórkami, papryką i owczym serem) okazały się poprawne, ale nieco bez wyrazu. Może parę listków jakiegoś zioła dodałoby im skrzydeł. Dania główne - baranina zapiekana z serem - przywołują na myśl kuchnię turecką, także ze względu na towarzystwo jogurtowo-relishowych sosów. Zważywszy na geograficzno-historyczny kontekst jest to zrozumiałe. Skojarzenie to wzbudziło tęsknotę za szczyptą kminu rzymskiego. Rozmiar porcji ucieszyłby amerykańskich turystów, natomiast mój żołądek nasycił się mniej więcej po połowie.
Z prostego zestawu deserów wybraliśmy jabłecznik i baklawę (to zabawne ile nacji przypisuje sobie jej pochodzenie). Bardzo przyjemne. Wszystkiemu temu towarzyszyły wina - dwa rodzaje merlot, całkiem nieobraźliwe, choć w kwestii win lepiej żeby każdy miał własne zdanie.
Gdyby oprzeć ocenę na samej kuchnii, byłbym umiarkowanie zadowolony i oczekiwałbym, że szef postara się ulepszyć niezłe potrawy tak, żeby stały się świetne. Podkreślam jednak zawsze, że restauracja to nie jedzenie i picie, tylko całościowe wrażenie. I bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie obsługa - w niewymuszony sposób miła, z niezłym wyczuciem kiedy podejść i dolać wina, kiedy zapytać czy klient czegoś potrzebuje, zorientowana w menu i potrafiąca o nim opowiedzieć, a także nieustannie kursująca między kuchnią a gośćmi w przyjemny dla oczu zorganizowany sposób. Nawet grajkowie potrafili zauważyć, że nie sprzyjają rozmowie i przenieśli w inny zakątek. Jedynie typek za barem mógłby ciszej narzekać, że ludzie mało jedzą, a tylko piwo żłopią.
Po bardzo przyjemnie spędzonym wieczorze szczerze chciałbym dać Banja Luce cztery gwiazdki, na które zasługuje, poza jednym detalem. Nie przeszkadza mi stylizacja restauracji na wiejską gospodę, ale nie podoba mi się ta estetyka w toalecie. Drewniane spłuczki i tego typu gadżety nie kojarzą się z higieną, a kałuża wokół muszli zdradza potrzebę częstszych wizyt kogoś z mopem (i rzadszych mało kulturalnych gości). Niezależnie od charakteru restauracji łazienki powinny być zawsze klinicznie czyste, w końcu tuż obok się je.
Cóż, liczę na zmiany, bo zamierzamy wrócić i spróbować innych rzeczy z menu.
Na powitanie od razu rzuca się również ucharakteryzowana obsługa. Zajęliśmy wskazany stolik - szczęśliwie dla mojej ciekawości tuż obok baru i kuchni. Dzięki temu przez cały wieczór mogłem obserwować krzątanie się personelu i podsłuchać mniej reprezentacyjne zdania.
Karty, dla odmiany po paru ostatnich lokalach, czyste. Jak wszystkie inne rekwizyty, tak i je stylista oprawił drewnianymi płytkami, a stronicom nadał wygląd wiekowych, zczytanych arkuszy o przypalanych brzegach. W każdym razie z dokładnością do możliwości druku - czyli mało przekonująco. Menu jest dość obszerne, ale nie przytłacza i bez problemu można zdecydować się na którąś z potraw. Postanowiliśmy jednak porozmawiać z kelnerką o detalach, co dało początek kilku przyjemnym konwersacjom w trakcie naszej konsumpcji, z których dowiedzieliśmy się m.in. kiedy oczekiwać świeżych owoców morza, które wina są godniejsze uwagi, a także tego, że obsługa jest kształcona w swoim fachu.
Żeby wpisać się w nastrój (lub, jeśli wolicie, ulec sugestiom z karty) zaczęliśmy od kieliszka gruszkowej rakiji. Niestety nie należę do entuzjastów mocniejszych trunków, więc napiszę tylko, że ów destylat jest przyjemniejszy niż wódka, ale jeden kieliszek wystarczy. Wierzę jednak, że każdy normalny obywatel naszego kraju, który na weselach wali wódę i śpiewa W stepie szerokim byłby wniebowzięty.
Przystawki w postaci sałatek (moja z ogórkami, papryką i owczym serem) okazały się poprawne, ale nieco bez wyrazu. Może parę listków jakiegoś zioła dodałoby im skrzydeł. Dania główne - baranina zapiekana z serem - przywołują na myśl kuchnię turecką, także ze względu na towarzystwo jogurtowo-relishowych sosów. Zważywszy na geograficzno-historyczny kontekst jest to zrozumiałe. Skojarzenie to wzbudziło tęsknotę za szczyptą kminu rzymskiego. Rozmiar porcji ucieszyłby amerykańskich turystów, natomiast mój żołądek nasycił się mniej więcej po połowie.
Z prostego zestawu deserów wybraliśmy jabłecznik i baklawę (to zabawne ile nacji przypisuje sobie jej pochodzenie). Bardzo przyjemne. Wszystkiemu temu towarzyszyły wina - dwa rodzaje merlot, całkiem nieobraźliwe, choć w kwestii win lepiej żeby każdy miał własne zdanie.
Gdyby oprzeć ocenę na samej kuchnii, byłbym umiarkowanie zadowolony i oczekiwałbym, że szef postara się ulepszyć niezłe potrawy tak, żeby stały się świetne. Podkreślam jednak zawsze, że restauracja to nie jedzenie i picie, tylko całościowe wrażenie. I bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie obsługa - w niewymuszony sposób miła, z niezłym wyczuciem kiedy podejść i dolać wina, kiedy zapytać czy klient czegoś potrzebuje, zorientowana w menu i potrafiąca o nim opowiedzieć, a także nieustannie kursująca między kuchnią a gośćmi w przyjemny dla oczu zorganizowany sposób. Nawet grajkowie potrafili zauważyć, że nie sprzyjają rozmowie i przenieśli w inny zakątek. Jedynie typek za barem mógłby ciszej narzekać, że ludzie mało jedzą, a tylko piwo żłopią.
Po bardzo przyjemnie spędzonym wieczorze szczerze chciałbym dać Banja Luce cztery gwiazdki, na które zasługuje, poza jednym detalem. Nie przeszkadza mi stylizacja restauracji na wiejską gospodę, ale nie podoba mi się ta estetyka w toalecie. Drewniane spłuczki i tego typu gadżety nie kojarzą się z higieną, a kałuża wokół muszli zdradza potrzebę częstszych wizyt kogoś z mopem (i rzadszych mało kulturalnych gości). Niezależnie od charakteru restauracji łazienki powinny być zawsze klinicznie czyste, w końcu tuż obok się je.
Cóż, liczę na zmiany, bo zamierzamy wrócić i spróbować innych rzeczy z menu.
13 paź 2008
Blue Cactus, Warszawa (***)
Posted by
Unknown
Po spacerze w Łazienkach podjechaliśmy ze znajomą do pobliskiego Blue Cactusa na kolację. Chociaż nie była to moja pierwsza wizyta w tym lokalu to dla przypomnienia karty zajrzałem na stronę www i zbłądziłem w informacje o personelu, jego kwalifikacjach i ambicjach. Lektura ta nastroiła mnie bardzo wymagająco.
Po wejściu do restauracji natychmiast przytłoczył mnie gwar wszechobecnych dziecięcych głosików. Rzut okiem w głąb i okazało się, że najwyraźniej trafiliśmy na jakąś kumulację rodzinnych obiadów. Jednym może to odpowiadać, innym nie. Moje usposobienie preferuje spokój. O ile potomstwo gości to niezupełnie przedmiot troski restauratora, o tyle warto uwzględnić to planując w Blue Cactusie kameralne, a na pewno intymne spotkanie - po prostu się takie nie uda.
Chwilę oczekiwania na stolik spędziliśmy na kanapie obserwując obsługę przy barze. Chciałbym zauważyć w tym punkcie, że nie chodzę po restauracjach z wyniośle sarkastyczno-wścibskim spojrzeniem Antona Ego. Po prostu wodzę wzrokiem po otoczeniu zanim zostanie zaproponowane/wskazane mi miejsce. Oprócz przebiegających w tę i z powrotem dzieci zauważyłem zatem dość powolną obsługę (być może z ostrożności, by nie potknąć się/zostać potrąconym przez czyjąś pociechę).
W końcu usadzono nas - parę - między czterema "rodzinnymi" stołami. Być może nie było innych miejsc, a być może zabrakło odrobiny wyczucia. Naprawdę przydałoby się, żeby "ambitne" restauracje wzięły sobie do serca niektóre z zasad Gordona Ramsaya, a wśród nich tę, która mówi postaw się w roli gościa. Kiedy w ciepły jesienny wieczór do twojej restauracji przychodzi chłopak z dziewczyną, raczej nie marzą o tym, żeby z niemal każdej strony ogłuszały ich gaworzenia, pokrzykiwania i komendy tatusiów. To chyba niezbyt trudne, co?
Co do samego stolika, jego powierzchnia była lekko lepka. Chociaż blaty są wycierane po każdym gościu, to do rozważenia jest wymiana ich na coś może mniej "meksykańskiego" w stylu, a bardziej estetycznego. O pomstę do nieba za to zdecydowanie wołają karty - na tych, które dostaliśmy były jeszcze jakieś resztki sosów, czy innych substancji.
Zamówiliśmy drinki - celując w pospolity ale dzięki temu ułatwiający porównanie gust - Mojito w wersji z alkoholem i bez. Po dłuższym oczekiwaniu otrzymaliśmy je. Przyzwoite, prawie niezłe - i w tym alkoholowym bardzo mało alkoholu (aż sprawdziliśmy, czy nie pijemy nie tego co trzeba). Następnie zamówiliśmy przystawkę i główne dania. Wybór tych drugich był dość skomplikowany, ponieważ kilka opcji jest bardzo podobnych (przynajmniej w opisie) a obsługa nieczęsto zastanawia się czy goście potrzebują porady. Notabene, jeśli do rachunku wliczone jest 10% profesjonalnej obsługi, sam rachunek jest relatywnie spory, to oczekiwałbym, że kelner/kelnerka potrafią użyć słowa "słucham", zamiast "co". To taka darmowa uwaga ode mnie, bez 10% dodatków.
Przystawka - awokado zapiekane z wytrawnym serem - no wreszcie coś zaczęło dziać się w dobrą stronę. Zdecydowanie za mało soli, ale kompozycja smaków trafiona bardzo dobrze.
Główne dania: filet mignon i taco jeszcze lepsze. Z całym szacunkiem dla tradycji amerykańskich ogromnych porcji uważam, że goście byliby szczęśliwśi z mniejszymi ilościami jedzenia (za niekoniecznie proporcjonalnie niższą cenę). Tak, czy inaczej, ze wszystkich doświadczeń w Blue Cactus jedzenie broni się najlepiej i odczuwalna jest obecność kogoś z pasją w kuchni. Żeby to podkreślić, z wysiłkiem wynikającym z przejedzenia, ale i z apetytem zjedliśmy jeszcze desery - bardzo dobry sernik i creme brulee, popijając wszystko kawą. Nie jest lekko być żołądkiem recenzenta, o nie.
Wyszliśmy z mieszanymi uczuciami i tak tę wizytę kronikuję. Aha, brawa dla hostess przy wejściu za to, że zreflektowały się i pożegnały nas zanim zdążyły się zamknąć za nami drzwi. Ciekawa kuchnia, umiarkowanie przyjemny wystrój, oziębła obsługa i za dużo dzieci. Trzy gwiazdki, do sprawdzenia ponownie za parę miesięcy. W międzyczasie za podobne pieniądze można zjeść lepiej, co opiszę w którymś z kolejnych odcinków.
Po wejściu do restauracji natychmiast przytłoczył mnie gwar wszechobecnych dziecięcych głosików. Rzut okiem w głąb i okazało się, że najwyraźniej trafiliśmy na jakąś kumulację rodzinnych obiadów. Jednym może to odpowiadać, innym nie. Moje usposobienie preferuje spokój. O ile potomstwo gości to niezupełnie przedmiot troski restauratora, o tyle warto uwzględnić to planując w Blue Cactusie kameralne, a na pewno intymne spotkanie - po prostu się takie nie uda.
Chwilę oczekiwania na stolik spędziliśmy na kanapie obserwując obsługę przy barze. Chciałbym zauważyć w tym punkcie, że nie chodzę po restauracjach z wyniośle sarkastyczno-wścibskim spojrzeniem Antona Ego. Po prostu wodzę wzrokiem po otoczeniu zanim zostanie zaproponowane/wskazane mi miejsce. Oprócz przebiegających w tę i z powrotem dzieci zauważyłem zatem dość powolną obsługę (być może z ostrożności, by nie potknąć się/zostać potrąconym przez czyjąś pociechę).
W końcu usadzono nas - parę - między czterema "rodzinnymi" stołami. Być może nie było innych miejsc, a być może zabrakło odrobiny wyczucia. Naprawdę przydałoby się, żeby "ambitne" restauracje wzięły sobie do serca niektóre z zasad Gordona Ramsaya, a wśród nich tę, która mówi postaw się w roli gościa. Kiedy w ciepły jesienny wieczór do twojej restauracji przychodzi chłopak z dziewczyną, raczej nie marzą o tym, żeby z niemal każdej strony ogłuszały ich gaworzenia, pokrzykiwania i komendy tatusiów. To chyba niezbyt trudne, co?
Co do samego stolika, jego powierzchnia była lekko lepka. Chociaż blaty są wycierane po każdym gościu, to do rozważenia jest wymiana ich na coś może mniej "meksykańskiego" w stylu, a bardziej estetycznego. O pomstę do nieba za to zdecydowanie wołają karty - na tych, które dostaliśmy były jeszcze jakieś resztki sosów, czy innych substancji.
Zamówiliśmy drinki - celując w pospolity ale dzięki temu ułatwiający porównanie gust - Mojito w wersji z alkoholem i bez. Po dłuższym oczekiwaniu otrzymaliśmy je. Przyzwoite, prawie niezłe - i w tym alkoholowym bardzo mało alkoholu (aż sprawdziliśmy, czy nie pijemy nie tego co trzeba). Następnie zamówiliśmy przystawkę i główne dania. Wybór tych drugich był dość skomplikowany, ponieważ kilka opcji jest bardzo podobnych (przynajmniej w opisie) a obsługa nieczęsto zastanawia się czy goście potrzebują porady. Notabene, jeśli do rachunku wliczone jest 10% profesjonalnej obsługi, sam rachunek jest relatywnie spory, to oczekiwałbym, że kelner/kelnerka potrafią użyć słowa "słucham", zamiast "co". To taka darmowa uwaga ode mnie, bez 10% dodatków.
Przystawka - awokado zapiekane z wytrawnym serem - no wreszcie coś zaczęło dziać się w dobrą stronę. Zdecydowanie za mało soli, ale kompozycja smaków trafiona bardzo dobrze.
Główne dania: filet mignon i taco jeszcze lepsze. Z całym szacunkiem dla tradycji amerykańskich ogromnych porcji uważam, że goście byliby szczęśliwśi z mniejszymi ilościami jedzenia (za niekoniecznie proporcjonalnie niższą cenę). Tak, czy inaczej, ze wszystkich doświadczeń w Blue Cactus jedzenie broni się najlepiej i odczuwalna jest obecność kogoś z pasją w kuchni. Żeby to podkreślić, z wysiłkiem wynikającym z przejedzenia, ale i z apetytem zjedliśmy jeszcze desery - bardzo dobry sernik i creme brulee, popijając wszystko kawą. Nie jest lekko być żołądkiem recenzenta, o nie.
Wyszliśmy z mieszanymi uczuciami i tak tę wizytę kronikuję. Aha, brawa dla hostess przy wejściu za to, że zreflektowały się i pożegnały nas zanim zdążyły się zamknąć za nami drzwi. Ciekawa kuchnia, umiarkowanie przyjemny wystrój, oziębła obsługa i za dużo dzieci. Trzy gwiazdki, do sprawdzenia ponownie za parę miesięcy. W międzyczasie za podobne pieniądze można zjeść lepiej, co opiszę w którymś z kolejnych odcinków.
12 wrz 2008
Wedel, Warszawa (****)
Posted by
Unknown
Po przykrej pseudowłoskiej przygodzie potrzebowałem jakiegoś pozytywnego równoważnika, dlatego z entuzjazmem przyjąłem propozycję znajomej na filiżankę czekolady w jednym z punktów Wedla (w Złotych Tarasach). Koncepcję pijalni czekolady trudno zepsuć więc ryzyko było niewielkie. Usiedliśmy przy stoliku, natychmiast pojawił się ktoś z obsługi żeby wręczyć nam karty. Czysto, schludnie, prawie prosto - z poprawką na wedlowskie stylizacje, które nie muszą się podobać, ale też specjalnie nie rażą. W końcu chodzi o hasła "czekolada" i "tradycja".
W trudnym do zdefiniowania odpowiednim momencie pojawiła się kelnerka. Nie ochłonąwszy jeszcze po poprzednich przeżyciach postanowiłem nieco odreagować i zadać nieco pytań dotyczących menu. Okazało się, że obsługa wie co sprzedaje, świetnie. Czekolady... no cóż, cynamonowa smakowała mi bardziej niż wiśniowa, ale obie dobre.
W czasie kiedy rozmawialiśmy o kartce ze ślubnymi życzeniami dla znajomych, inna kelnerka przetarła ścierką sąsiednie stoliki - mimo iż przynajmniej wyglądały na posprzątane. Dla postronnego obserwatora mogło to jednak wyglądać na szczególną troskę o porządek.
Nie ma się co oszukiwać - czekolada to nie jest biznes tak trudny jak restauracja, więc nie będę się zachwycać. Ale cztery gwiazdki się należą.
W trudnym do zdefiniowania odpowiednim momencie pojawiła się kelnerka. Nie ochłonąwszy jeszcze po poprzednich przeżyciach postanowiłem nieco odreagować i zadać nieco pytań dotyczących menu. Okazało się, że obsługa wie co sprzedaje, świetnie. Czekolady... no cóż, cynamonowa smakowała mi bardziej niż wiśniowa, ale obie dobre.
W czasie kiedy rozmawialiśmy o kartce ze ślubnymi życzeniami dla znajomych, inna kelnerka przetarła ścierką sąsiednie stoliki - mimo iż przynajmniej wyglądały na posprzątane. Dla postronnego obserwatora mogło to jednak wyglądać na szczególną troskę o porządek.
Nie ma się co oszukiwać - czekolada to nie jest biznes tak trudny jak restauracja, więc nie będę się zachwycać. Ale cztery gwiazdki się należą.
Bistro Toscana, Warszawa (*)
Posted by
Unknown
Czy Saska Kępa ma do zaoferowania lokal na lunch w przerwie szkolenia biznesowego? Pewnie tak. Czy tym miejscem może być Bistro Toscana? Nie. Nie chodzi nawet o niejasną nazwę (dlaczego włoska - przynajmniej w aspiracjach - restauracja ma nazwę lekko francuską, a może i rosyjską?).
Jedzenie, które nam podano było najwyżej przeciętne. Znajomi narzekali na nadmiar pieprzu - w zupie, w makaronie, w rybie. Moja lasagne "na szczęście" pieprzem miała zakreślony tylko brzeg talerza. Pytanie do kucharza: o co właściwie Ci chodziło? Zamiast wątpliwej ozdoby warto byłoby zająć się rekonstrukcją sosu, którego kolor przekarmionego karotenem łososia z hipermarketu kojarzył się ze wszystkim, tylko nie aromatycznymi pomidorami. Zrozumiałe ale i wybaczalne w tym kontekście jest użycie suszonej pasty. Ot, lasagne jakie potrafi zrobić każdy.
Rzecz, która wywołała w nas o wiele większy niesmak to obsługa. Jeśli klient zauważa niezgodność cen na rachunku z cenami w menu - na swoją niekorzyść - absolutnie nie należy upierać się przy wyższym rachunku tłumacząc, że właśnie wprowadzono nowy cennik i nikt nie zdążył zmienić kart. To tylko złotówka różnicy, a warto zdawać sobie sprawę, że restauracja to nie jest "miejsce sprzedaży jedzenia", tylko miejsce sprzedaży usługi, której jedzenie jest tylko częścią. Tak samo ważną, jak uprzejmość i odpowiedzialność obsługi. Właśnie za to, a nie za samo jedzenie płaci klient.
Jedna gwiazdka - więcej tam nie wrócę.
Jedzenie, które nam podano było najwyżej przeciętne. Znajomi narzekali na nadmiar pieprzu - w zupie, w makaronie, w rybie. Moja lasagne "na szczęście" pieprzem miała zakreślony tylko brzeg talerza. Pytanie do kucharza: o co właściwie Ci chodziło? Zamiast wątpliwej ozdoby warto byłoby zająć się rekonstrukcją sosu, którego kolor przekarmionego karotenem łososia z hipermarketu kojarzył się ze wszystkim, tylko nie aromatycznymi pomidorami. Zrozumiałe ale i wybaczalne w tym kontekście jest użycie suszonej pasty. Ot, lasagne jakie potrafi zrobić każdy.
Rzecz, która wywołała w nas o wiele większy niesmak to obsługa. Jeśli klient zauważa niezgodność cen na rachunku z cenami w menu - na swoją niekorzyść - absolutnie nie należy upierać się przy wyższym rachunku tłumacząc, że właśnie wprowadzono nowy cennik i nikt nie zdążył zmienić kart. To tylko złotówka różnicy, a warto zdawać sobie sprawę, że restauracja to nie jest "miejsce sprzedaży jedzenia", tylko miejsce sprzedaży usługi, której jedzenie jest tylko częścią. Tak samo ważną, jak uprzejmość i odpowiedzialność obsługi. Właśnie za to, a nie za samo jedzenie płaci klient.
Jedna gwiazdka - więcej tam nie wrócę.
8 wrz 2008
Izumi Sushi, Warszawa (***)
Posted by
Unknown
Dalej w wątku japońskim - znajoma zaprosiła mnie do Izumi Sushi, przy budzącym ponure skojarzenia, ale mimo to urokliwym Placu Zbawiciela. Skromnie urządzona restauracja wita trochę zbyt głośną muzyką i uśmiechem kelnerek. Usiedliśmy przy wskazanym/wybranym stoliku i przystąpiliśmy do inspekcji menu. Mój egzemplarz był poplamiony czymś, co mam nadzieję było przynajmniej jedzeniem.
Wybraliśmy kilka odmian ryżowych zawijanek i sącząc śliwkowe wino oddaliśmy się rozmowie. O życiu, o pracy ale i o oryginalnym barze, na którym pływały przyrządzane potrawy. Interesujący pomysł, choć żeby go docenić, trzeba podejść blisko.
Po kilkunastu minutach delektowania się swoim towarzystwem i niestrudzenie nie dającą się polubić muzyką zjawiło się nasze zamówienie. Gdyby jeszcze kelnerka przetarła stolik po poprzednich klientach w każdym innym momencie, napisałbym że jedzenie miało całkiem efektowne wejście. Cóż, może innym razem. Samo jedzenie bardzo smaczne, wyważona kompozycja smaków - krewetki, łosoś, kurczak, imbir, wasabi - kilka prostych nut z orientalnej melodii. I właściwie to jest sedno sprawy - sushi jest tak banalnie łatwe do zrobienia, że restauracja powinna zarabiać głównie na całościowym wrażeniu. Na przykład czystych stolikach albo menu, w których tajemnicze ciecze nie spływają z wysokich cen.
Trzy gwiazdki. Wrócimy sprawdzić.
19 sie 2008
Akashia, Warszawa (****)
Posted by
Unknown
Nie jestem fetyszystą i dalekowschodnia kuchnia nie powoduje u mnie gęsiej skórki. Przeciwnie, chodzenie na shushi, sashimi i tofu jako coś ekstrawagackiego wydaje mi się lekko pretensjonalne. Kiedy znajoma zaproponowała obiad w Akashii, przystałem znając jej powściągliwość w kwestiach restauracyjnych.
Akashia w Złotych Tarasach to dość ciasne, choć dwupoziomowe wnętrze. Po lewej stronie od wejścia widać kuchenną akcję, po lewej przyjemnie zastawione stoły. Proste, białe obrusy, schludnie odziana obsługa i brak zapachu "kuchnii azjatyckich z budy" tworzą miłe wrażenie porządku i czystości.
Menu jest dość rozbudowane - ale sądząc po tłoku za kuchenną ladą personel jest w stanie wiarygodnie dostarczyć każdą pozycję. Kelnerzy i kelnerki uprzejmie, ale bez nienaturalnego karmelu, wyjaśniają ewentualne wątpliwości. Zamówiliśmy łososia i kurczaka w sosie teriyaki, do tego po lampce choya plum. Śliwkowe wino - zanim znajoma pomogła mi je zidentyfikować - w pierwszym odczuciu skojarzyło mi się ze smakiem studenckich nalewek Aperino, tyle że następnego dnia nie bolała mnie głowa. Bardzo przyjemne, choć pewnie nie na każdy gust. Jako starter podano kapitalną, prostą sałatkę z sałaty, czerwonej kapusty i pomidorów z sezamem (i zapewne odrobiną oleju sezamowego). Zestawienie smaków pozwoliło mi nawet wybaczyć średnią jakość warzyw. Łosoś i kurczak świetnie przyrządzone - z chrupkimi smażonymi warzywami i miękkim, soczystym mięsem. Zrezygnowałbym jedynie z nieporęcznych żelaznych "półmisków", z których łatwo wylać sos, na rzecz zwykłych dużych talerzy. Bardzo dobrze ugotowany ryż.
Na koniec lychee w syropie i filiżanka zielonej herbaty - przyzwoite, nie porywające (podobną parzę w domu, może dlatego nie czuję się olśniony).
Przyjemne miejsce na obiad i rozmowę. Cztery gwiazdki.
Akashia w Złotych Tarasach to dość ciasne, choć dwupoziomowe wnętrze. Po lewej stronie od wejścia widać kuchenną akcję, po lewej przyjemnie zastawione stoły. Proste, białe obrusy, schludnie odziana obsługa i brak zapachu "kuchnii azjatyckich z budy" tworzą miłe wrażenie porządku i czystości.
Menu jest dość rozbudowane - ale sądząc po tłoku za kuchenną ladą personel jest w stanie wiarygodnie dostarczyć każdą pozycję. Kelnerzy i kelnerki uprzejmie, ale bez nienaturalnego karmelu, wyjaśniają ewentualne wątpliwości. Zamówiliśmy łososia i kurczaka w sosie teriyaki, do tego po lampce choya plum. Śliwkowe wino - zanim znajoma pomogła mi je zidentyfikować - w pierwszym odczuciu skojarzyło mi się ze smakiem studenckich nalewek Aperino, tyle że następnego dnia nie bolała mnie głowa. Bardzo przyjemne, choć pewnie nie na każdy gust. Jako starter podano kapitalną, prostą sałatkę z sałaty, czerwonej kapusty i pomidorów z sezamem (i zapewne odrobiną oleju sezamowego). Zestawienie smaków pozwoliło mi nawet wybaczyć średnią jakość warzyw. Łosoś i kurczak świetnie przyrządzone - z chrupkimi smażonymi warzywami i miękkim, soczystym mięsem. Zrezygnowałbym jedynie z nieporęcznych żelaznych "półmisków", z których łatwo wylać sos, na rzecz zwykłych dużych talerzy. Bardzo dobrze ugotowany ryż.
Na koniec lychee w syropie i filiżanka zielonej herbaty - przyzwoite, nie porywające (podobną parzę w domu, może dlatego nie czuję się olśniony).
Przyjemne miejsce na obiad i rozmowę. Cztery gwiazdki.
3 sie 2008
Courtepaille, Warszawa (***)
Posted by
Unknown
Kolejna sieciowa restauracja, tym razem kuchnia bardziej wysublimowana: Courtepaille w CH Arkadia. Lokal przejął miejsce po "amerykańskiej" Lousianie, której nie lubiłem - ciemna, niewygodna nora, którą z przyjemnością spuszczam we wspomnieniowy niebyt. Courtepaille bardzo przyjemnie przyjęło odwrotny kierunek i proponuje jasne, przestronne i dobrze wentylowane wnętrze. Dzięki temu widać, że jest czysto.
Pierwsze wrażenie co do obsługi nieco dezorientujące - nikt nie obserwował drzwi wejściowych, dlatego nikt się nami nie zajął, ale błąd ten szybko naprawiono, posadzono nas przy stoliku i zaproponowano darmową lampkę wina. W imię nowo otwartej restauracji. Miłe, ale podziękowaliśmy, bo znajoma zmotoryzowana, a ja ostentacyjnie nie lecę na gratisy.
Menu dość rozbudowane i niestety mało czytelne. Od komiksu z różnymi wielkościami liter wolałbym prostą listę, uzupełnioną ewentualnym komentarzem kelnerki. Wyłowiliśmy jednak kilka pozycji i złożyliśmy zamówienie. Jako starter dostaliśmy bagietkę z makiem, drobne ogóreczki i cebulki w towarzystwie smalcu. Czekając na główne danie, w trakcie rozmowy zauważyłem dość rzadki rarytas - dyskretnie grającą w tle muzykę. Na tyle cichą, że goście nie muszą podnosić głosu ani o decybel, żeby się usłyszeć. Brawo.
Jedzenie pojawiło się w rozsądnym czasie. Fakt, że kelnerka postawiła dania odwrotnie do zamówienia nam nie przeszkodził - i tak zawsze sobie wyjadamy, ale goście w mniejszej zażyłości mogą wymagać precyzji. Zastanawiające dysproporcje między rozmiarami sałatek a tarty - te pierwsze ogromne, ta druga malutka. Moja, a właściwie znajomej, sałatka z kurczakiem, pomidorami, oliwkami i relishem bardzo przyjemna, choć... zimna. Nie mam na myśli temperatury pokojowej, tylko chłód. Ten latem jest tylko w lodówce, więc... Dalej - restauracja opisuje swoje dania, jako wykonanie z pierwszogatunkowych składników. Proponowałbym obsłudze kuchni wyjazd na wieś, w celu spróbowania smaku naturalnych pomidorów. Kiedy byłem mały, nie cierpiałem podlewać pomidorów w ogródku babci - ich zapach mnie przytłaczał. Któż mógł wtedy wiedzieć, że tego zapachu będzie mi tak w przyszłości brakować? Wracając jednak do zimnej sałatki - reszta była celująca - dobrze przygotowany kurczak, świetny, delikatny dressing sałaty i bardzo dobrze połączone warzywa. Druga sałatka - kozi ser z boczkiem - znacznie prostsza, bardziej wyrazista, bardzo dobra, tylko niepotrzebnie utopiona w liściach sałaty. Trzy razy mniej zielonego i byłoby świetnie. Tarta trochę zbyt spieczona, nie porywająca, ale smaczna.
Courtepaille ma wielkie szanse na sukces (zresztą ciężko zmarnować taką lokalizację), byleby poprawić niewielkie usterki. Na pewno wrócę, żeby zdać sprawozdanie o rozwoju wydarzeń i wypróbować kartę win. Na razie tylko trzy gwiazdki.
Pierwsze wrażenie co do obsługi nieco dezorientujące - nikt nie obserwował drzwi wejściowych, dlatego nikt się nami nie zajął, ale błąd ten szybko naprawiono, posadzono nas przy stoliku i zaproponowano darmową lampkę wina. W imię nowo otwartej restauracji. Miłe, ale podziękowaliśmy, bo znajoma zmotoryzowana, a ja ostentacyjnie nie lecę na gratisy.
Menu dość rozbudowane i niestety mało czytelne. Od komiksu z różnymi wielkościami liter wolałbym prostą listę, uzupełnioną ewentualnym komentarzem kelnerki. Wyłowiliśmy jednak kilka pozycji i złożyliśmy zamówienie. Jako starter dostaliśmy bagietkę z makiem, drobne ogóreczki i cebulki w towarzystwie smalcu. Czekając na główne danie, w trakcie rozmowy zauważyłem dość rzadki rarytas - dyskretnie grającą w tle muzykę. Na tyle cichą, że goście nie muszą podnosić głosu ani o decybel, żeby się usłyszeć. Brawo.
Jedzenie pojawiło się w rozsądnym czasie. Fakt, że kelnerka postawiła dania odwrotnie do zamówienia nam nie przeszkodził - i tak zawsze sobie wyjadamy, ale goście w mniejszej zażyłości mogą wymagać precyzji. Zastanawiające dysproporcje między rozmiarami sałatek a tarty - te pierwsze ogromne, ta druga malutka. Moja, a właściwie znajomej, sałatka z kurczakiem, pomidorami, oliwkami i relishem bardzo przyjemna, choć... zimna. Nie mam na myśli temperatury pokojowej, tylko chłód. Ten latem jest tylko w lodówce, więc... Dalej - restauracja opisuje swoje dania, jako wykonanie z pierwszogatunkowych składników. Proponowałbym obsłudze kuchni wyjazd na wieś, w celu spróbowania smaku naturalnych pomidorów. Kiedy byłem mały, nie cierpiałem podlewać pomidorów w ogródku babci - ich zapach mnie przytłaczał. Któż mógł wtedy wiedzieć, że tego zapachu będzie mi tak w przyszłości brakować? Wracając jednak do zimnej sałatki - reszta była celująca - dobrze przygotowany kurczak, świetny, delikatny dressing sałaty i bardzo dobrze połączone warzywa. Druga sałatka - kozi ser z boczkiem - znacznie prostsza, bardziej wyrazista, bardzo dobra, tylko niepotrzebnie utopiona w liściach sałaty. Trzy razy mniej zielonego i byłoby świetnie. Tarta trochę zbyt spieczona, nie porywająca, ale smaczna.
Courtepaille ma wielkie szanse na sukces (zresztą ciężko zmarnować taką lokalizację), byleby poprawić niewielkie usterki. Na pewno wrócę, żeby zdać sprawozdanie o rozwoju wydarzeń i wypróbować kartę win. Na razie tylko trzy gwiazdki.
1 sie 2008
TGI Fridays, Warszawa (***)
Posted by
Unknown
Sieciowe restauracje z tzw. kuchnią amerykańską cieszą się względnie dużą popularnością - jedzenia jest dużo, smaki dość łatwe do oswojenia i swojska atmosfera. Fridays we wszystkich tych kategoriach celuje, dlatego jest idealnym miejscem na zrelaksowane spotkania ze znajomymi. Lokal urządzony jest bardzo krzykliwie, zarówno wizualnie, jak i dźwiękowo - stoliki w biało-czerwone pasy i głośna muzyka od progu ustawiają gości w niewyrafinowanej stylistyce. Obsługa jest raczej bez zarzutu. Piszę "raczej", ponieważ z dawniejszych wizyt pamiętam większy entuzjazm. Menu chyba rzadko ulega zmianom - fakt sam w sobie nie będący problemem. Martwi mnie natomiast mniejsza staranność przyrządzania jedzenia. Zamówiłem jedną z kilku past, z grilowaną piersią kurczaka, szczypiorem i pomidorami. Makaron - sam w sobie przyzwoity - gotował się o 30-60 sekund za długo. Restauracja nie była oblężona gośćmi, więc nie wierzę, że kucharz nie miał czasu żeby poświęcić nieco więcej uwagi. Pomidory były bardzo pośledniego gatunku, kura podejrzewam, również. Takie detale obniżają noty bardzo sympatycznej potrawie. Smutno było też napić się ulubionych kiedyś drinków: June Buga, Lights of Havana i Strawberry Margheritta. Barman najwyraźniej ma problem z utrzymaniem proporcji składników: june bug był za słodki, havana za wodnista, a margheritta za mocna.
Mam nadzieję, że właściciel Fridaysa odwiedza czasem swój przybytek jako gość. Szkoda, żeby ten najprzyjemniejszy z lekkich lokali jeszcze bardziej się rozstroił.
Na szczęście na stały poziom kolegów z pracy można zawsze liczyć.
Mam nadzieję, że właściciel Fridaysa odwiedza czasem swój przybytek jako gość. Szkoda, żeby ten najprzyjemniejszy z lekkich lokali jeszcze bardziej się rozstroił.
Na szczęście na stały poziom kolegów z pracy można zawsze liczyć.
22 lip 2008
Sonata, Warszawa (***)
Posted by
Unknown
To dość oczywiste, że każdy rejon biurowo-mieszkalny musi mieć lokalną pizzerię. Prawo to dotyczy również odosobnionego fragmentu warszawskiej Woli, czyli końcówki ul. Olbrachta, gdzie mieści się lokal o nazwie Sonata. Ponieważ o okolicy można powiedzieć wszystko, oprócz tego, że jest interesująca lub piękna, zajmijmy się samą pizzerią.
Wnętrze jest jasne i czyste, co cieszy. Miły jest również fakt braku nadmiaru aromatycznych wyziewów z wyeksponowanej kuchni - wady wielu bardziej "ekskluzywnych" miejsc roztaczających obłoki drożdżowo-prowansalskie. Najlepszy jest jednak uśmiech kelnerek. W przeciętnej pizzerii smętne miny obsługi sprowadzają cię na ziemię i godzisz się z myślą, że przyszedłeś do koryta. Tu zaś czujesz się mile widziany i o wiele pogodniej patrzysz na przecież niezbyt wykwintne menu.
No właśnie - jedzenie. Zamówiliśmy pasty, bo ileż można jeść pizzę. Czas oczekiwania - zapowiedziany - akceptowalny, w granicach pół godziny. Niestety kuchnia popełniła trzy błędy: po pierwsze kucharz... pomylił które pasty podać z którym sosem. Znów uznanie dla kelnerek za jasne przedstawienie sytuacji i przeprosiny (zwłaszcza, że zdaje się tylko ja odróżniam tagliatelle, penne i spaghetti - reszta nie zauważyłaby może problemu). Po drugie, ostatnia z czterech porcji przyszła dobre pięć minut później niż reszta i skoro lokal ma czteroosobowe stoliki, to wyjaśnienie kucharza, że skończyły mu się garnki, jest nie do przyjęcia. Po trzecie, makaron był rozgotowany. Smaczny, ładnie zaprezentowany, ale rozgotowany.
Mimo to uważam, że Sonata ma potencjał - jeśli tylko dokona korekt w kuchni, może stać się zacnym, bezpretensjonalnym skrawkiem włoskiego smaku. Trzymam kciuki.
Wnętrze jest jasne i czyste, co cieszy. Miły jest również fakt braku nadmiaru aromatycznych wyziewów z wyeksponowanej kuchni - wady wielu bardziej "ekskluzywnych" miejsc roztaczających obłoki drożdżowo-prowansalskie. Najlepszy jest jednak uśmiech kelnerek. W przeciętnej pizzerii smętne miny obsługi sprowadzają cię na ziemię i godzisz się z myślą, że przyszedłeś do koryta. Tu zaś czujesz się mile widziany i o wiele pogodniej patrzysz na przecież niezbyt wykwintne menu.
No właśnie - jedzenie. Zamówiliśmy pasty, bo ileż można jeść pizzę. Czas oczekiwania - zapowiedziany - akceptowalny, w granicach pół godziny. Niestety kuchnia popełniła trzy błędy: po pierwsze kucharz... pomylił które pasty podać z którym sosem. Znów uznanie dla kelnerek za jasne przedstawienie sytuacji i przeprosiny (zwłaszcza, że zdaje się tylko ja odróżniam tagliatelle, penne i spaghetti - reszta nie zauważyłaby może problemu). Po drugie, ostatnia z czterech porcji przyszła dobre pięć minut później niż reszta i skoro lokal ma czteroosobowe stoliki, to wyjaśnienie kucharza, że skończyły mu się garnki, jest nie do przyjęcia. Po trzecie, makaron był rozgotowany. Smaczny, ładnie zaprezentowany, ale rozgotowany.
Mimo to uważam, że Sonata ma potencjał - jeśli tylko dokona korekt w kuchni, może stać się zacnym, bezpretensjonalnym skrawkiem włoskiego smaku. Trzymam kciuki.
21 lip 2008
Zjem cię - oceny
Posted by
Unknown
System ocen, jaki przyjmuję w recenzjach restauracji:
* - nie wrócę,
** - lokal jakich wiele
*** - nie jestem zdecydowany
**** - pierwsza wizyta bez zarzutu
***** - druga wizyta bez zarzutu (po co najmniej dwu miesiącach)
****** - trzy kolejne wizyty bez zarzutu (po kolejnych dwu miesiącach)
* - nie wrócę,
** - lokal jakich wiele
*** - nie jestem zdecydowany
**** - pierwsza wizyta bez zarzutu
***** - druga wizyta bez zarzutu (po co najmniej dwu miesiącach)
****** - trzy kolejne wizyty bez zarzutu (po kolejnych dwu miesiącach)
13 lip 2008
Meltemi, Warszawa (**)
Posted by
Unknown
Moja przyjaciółka wróciła parę dni temu z Grecji, więc postanowiliśmy się spotkać, żeby mogła podzielić się choć szczyptą wrażeń. A skoro opodal jej domu znajduje się grecka restauracja, to gdzież indziej usiąść? Meltemi, przy parku Szczęśliwickim, jest jedną z restauracji państwa Kręglickich, którzy rozrzucili po stolicy kilka smaków z różnych stron świata.
Średniej wielkości wnętrze urządzone jest spokojnie, lekko nawiązując do stylistyki tawerny, choć gdyby nie akwarium i motyw rybek tu i ówdzie, łatwo o tym zapomnieć. Okna na park wpuszczają sporo światła, dzięki czemu przestrzeń restauracji tym bardziej nie przytłacza. Wydaje się być czysto, choć chwytając za krzesło odniosłem wrażenie nieokreślonej lepkości - może to tylko niefortunnie dobrana farba?
Po wejściu zwróciliśmy uwagę przechodzącej kelnerki, dzięki czemu wskazano nam bez wielkiego entuzjazmu wybór stolików. Dość duży, bo zajęta była może piąta ich część. Przy pierwszej wizycie nie spodziewam się, że obsługa rzuci się na mnie z otwartymi ramionami, ale udawany uśmiech i zainteresowanie zdobywają punkty. Ostentacja niekoniecznie.
Przy wręczaniu menu kolejne zmartwienie - dostaliśmy karty i... to wszystko. Nawet w Sphinksie kelnerzy zadają sobie trud zostania chwilę przy stole i polecenia jakiejś potrawy. Tu najwyraźniej liczy się na obycie klientów. Ale pal sześć, umiem czytać i niejedno w życiu zjadłem - potrafię coś sobie wybrać. Tylko niech ktoś przyjmie zamówienie. Tymczasem obsługa Meltemi potrzebowała dobrych 15 minut na wylosowanie kto poświęci się i zajmie naszym apetytem (a może i satysfakcją z wizyty). Liczba gości w tym czasie nie zwiększyła się drastycznie, więc nie sądzę, żeby te kilka osób przechodzących od stolików do kuchni nie miało czasu podejść. Gdyby nie brak alternatywnego lokalu w okolicy, po prostu wstalibyśmy i wyszli.
Ostatecznie jednak zjawiła się kelnerka i przyjęła zamówienie. Na szczęście na jedzenie nie trzeba było czekać równie długo. Jako przystawkę podano bagietki z pastą oliwkowo-serowo-czosnkową. Idealne, gdyby nie szczypta soli za dużo. Jako główne danie zjedliśmy Kotopoulo me haloumi, czyli pierś z kurczaka, z suszonymi pomidorami, serem, grillowanymi kawałkami bakłażana, papryk i marchewki oraz Prasini me arni, czyli sałatkę z rukolą, suszonymi pomidorami, plastrami pieczonego jagnięcia i serem.Tym z kolei pozycjom zabrakło wyrazu. Zrobiłem coś, czego praktycznie nigdy w restauracjach nie robię - sięgnąłem po sól i pieprz. Zwykle wolę, kiedy kucharz próbuje tego co robi zanim wypuści rzecz z kuchni, ale może targały nim wyrzuty sumienia za bagietki? Mimo doprawienia, niedosyt wrażeń pozostał. O ile kurczak dobrze współgrał z sosem jogurtowym, o tyle warzywa pozostawiono same sobie, osłabiając końcowy efekt. Zachwyciłbym się sałatką, gdyby była zdecydowanie na zimno, albo na ciepło, a nie letnia. Mięso perfekcyjnie delikatne, świetne suszone pomidory, wybaczalny nadmiar oliwy na zieleninie, kapitalna kompozycja smaków tylko temperatura nijaka.
Na deser Kataifi, czyli słodkie włosie z lodami i listkiem mięty. Budzi skojarzenia z baklavą - i w konkurencji z nią przegrywa.
Podsumowując - prawie przyjemne miejsce, ale przydałoby się tchnąć w nie trochę życia i inspiracji. Rozumiem, że Grecja budzi leniwe skojarzenia, ale niech lenistwo ogarnia gości, a nie biznes. Szczególnie, kiedy lokal ma reprezentować nazwisko pretendujące do maestrii w dziedzinie gotowania.
Wrócę? Nie wcześniej niż za rok.
Średniej wielkości wnętrze urządzone jest spokojnie, lekko nawiązując do stylistyki tawerny, choć gdyby nie akwarium i motyw rybek tu i ówdzie, łatwo o tym zapomnieć. Okna na park wpuszczają sporo światła, dzięki czemu przestrzeń restauracji tym bardziej nie przytłacza. Wydaje się być czysto, choć chwytając za krzesło odniosłem wrażenie nieokreślonej lepkości - może to tylko niefortunnie dobrana farba?
Po wejściu zwróciliśmy uwagę przechodzącej kelnerki, dzięki czemu wskazano nam bez wielkiego entuzjazmu wybór stolików. Dość duży, bo zajęta była może piąta ich część. Przy pierwszej wizycie nie spodziewam się, że obsługa rzuci się na mnie z otwartymi ramionami, ale udawany uśmiech i zainteresowanie zdobywają punkty. Ostentacja niekoniecznie.
Przy wręczaniu menu kolejne zmartwienie - dostaliśmy karty i... to wszystko. Nawet w Sphinksie kelnerzy zadają sobie trud zostania chwilę przy stole i polecenia jakiejś potrawy. Tu najwyraźniej liczy się na obycie klientów. Ale pal sześć, umiem czytać i niejedno w życiu zjadłem - potrafię coś sobie wybrać. Tylko niech ktoś przyjmie zamówienie. Tymczasem obsługa Meltemi potrzebowała dobrych 15 minut na wylosowanie kto poświęci się i zajmie naszym apetytem (a może i satysfakcją z wizyty). Liczba gości w tym czasie nie zwiększyła się drastycznie, więc nie sądzę, żeby te kilka osób przechodzących od stolików do kuchni nie miało czasu podejść. Gdyby nie brak alternatywnego lokalu w okolicy, po prostu wstalibyśmy i wyszli.
Ostatecznie jednak zjawiła się kelnerka i przyjęła zamówienie. Na szczęście na jedzenie nie trzeba było czekać równie długo. Jako przystawkę podano bagietki z pastą oliwkowo-serowo-czosnkową. Idealne, gdyby nie szczypta soli za dużo. Jako główne danie zjedliśmy Kotopoulo me haloumi, czyli pierś z kurczaka, z suszonymi pomidorami, serem, grillowanymi kawałkami bakłażana, papryk i marchewki oraz Prasini me arni, czyli sałatkę z rukolą, suszonymi pomidorami, plastrami pieczonego jagnięcia i serem.Tym z kolei pozycjom zabrakło wyrazu. Zrobiłem coś, czego praktycznie nigdy w restauracjach nie robię - sięgnąłem po sól i pieprz. Zwykle wolę, kiedy kucharz próbuje tego co robi zanim wypuści rzecz z kuchni, ale może targały nim wyrzuty sumienia za bagietki? Mimo doprawienia, niedosyt wrażeń pozostał. O ile kurczak dobrze współgrał z sosem jogurtowym, o tyle warzywa pozostawiono same sobie, osłabiając końcowy efekt. Zachwyciłbym się sałatką, gdyby była zdecydowanie na zimno, albo na ciepło, a nie letnia. Mięso perfekcyjnie delikatne, świetne suszone pomidory, wybaczalny nadmiar oliwy na zieleninie, kapitalna kompozycja smaków tylko temperatura nijaka.
Na deser Kataifi, czyli słodkie włosie z lodami i listkiem mięty. Budzi skojarzenia z baklavą - i w konkurencji z nią przegrywa.
Podsumowując - prawie przyjemne miejsce, ale przydałoby się tchnąć w nie trochę życia i inspiracji. Rozumiem, że Grecja budzi leniwe skojarzenia, ale niech lenistwo ogarnia gości, a nie biznes. Szczególnie, kiedy lokal ma reprezentować nazwisko pretendujące do maestrii w dziedzinie gotowania.
Wrócę? Nie wcześniej niż za rok.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

