21 paź 2008

Banja Luka, Warszawa (***)

Kolega z pracy wrócił z kilkumiesięcznej zagranicznej misji, co wymagało omówienia przy jedzeniu i piciu. Zdecydowani na kuchnię bałkańską i zachęceni przeczytanymi recenzjami wybraliśmy się do Banja Luki. Restauracja wita ciepłem i mieszanką interesujących zapachów, które niewprawny nos przypisać mógłby egzotycznym drzewom i, być może, jakimś przyprawom. Wnętrze jest urządzone na podobieństwo "gospody" - drewniane, rustykalne pozory dla delikatnych mieszczuchów.

Na powitanie od razu rzuca się również ucharakteryzowana obsługa. Zajęliśmy wskazany stolik - szczęśliwie dla mojej ciekawości tuż obok baru i kuchni. Dzięki temu przez cały wieczór mogłem obserwować krzątanie się personelu i podsłuchać mniej reprezentacyjne zdania.

Karty, dla odmiany po paru ostatnich lokalach, czyste. Jak wszystkie inne rekwizyty, tak i je stylista oprawił drewnianymi płytkami, a stronicom nadał wygląd wiekowych, zczytanych arkuszy o przypalanych brzegach. W każdym razie z dokładnością do możliwości druku - czyli mało przekonująco. Menu jest dość obszerne, ale nie przytłacza i bez problemu można zdecydować się na którąś z potraw. Postanowiliśmy jednak porozmawiać z kelnerką o detalach, co dało początek kilku przyjemnym konwersacjom w trakcie naszej konsumpcji, z których dowiedzieliśmy się m.in. kiedy oczekiwać świeżych owoców morza, które wina są godniejsze uwagi, a także tego, że obsługa jest kształcona w swoim fachu.

Żeby wpisać się w nastrój (lub, jeśli wolicie, ulec sugestiom z karty) zaczęliśmy od kieliszka gruszkowej rakiji. Niestety nie należę do entuzjastów mocniejszych trunków, więc napiszę tylko, że ów destylat jest przyjemniejszy niż wódka, ale jeden kieliszek wystarczy. Wierzę jednak, że każdy normalny obywatel naszego kraju, który na weselach wali wódę i śpiewa W stepie szerokim byłby wniebowzięty.

Przystawki w postaci sałatek (moja z ogórkami, papryką i owczym serem) okazały się poprawne, ale nieco bez wyrazu. Może parę listków jakiegoś zioła dodałoby im skrzydeł. Dania główne - baranina zapiekana z serem - przywołują na myśl kuchnię turecką, także ze względu na towarzystwo jogurtowo-relishowych sosów. Zważywszy na geograficzno-historyczny kontekst jest to zrozumiałe. Skojarzenie to wzbudziło tęsknotę za szczyptą kminu rzymskiego. Rozmiar porcji ucieszyłby amerykańskich turystów, natomiast mój żołądek nasycił się mniej więcej po połowie.

Z prostego zestawu deserów wybraliśmy jabłecznik i baklawę (to zabawne ile nacji przypisuje sobie jej pochodzenie). Bardzo przyjemne. Wszystkiemu temu towarzyszyły wina - dwa rodzaje merlot, całkiem nieobraźliwe, choć w kwestii win lepiej żeby każdy miał własne zdanie.

Gdyby oprzeć ocenę na samej kuchnii, byłbym umiarkowanie zadowolony i oczekiwałbym, że szef postara się ulepszyć niezłe potrawy tak, żeby stały się świetne. Podkreślam jednak zawsze, że restauracja to nie jedzenie i picie, tylko całościowe wrażenie. I bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie obsługa - w niewymuszony sposób miła, z niezłym wyczuciem kiedy podejść i dolać wina, kiedy zapytać czy klient czegoś potrzebuje, zorientowana w menu i potrafiąca o nim opowiedzieć, a także nieustannie kursująca między kuchnią a gośćmi w przyjemny dla oczu zorganizowany sposób. Nawet grajkowie potrafili zauważyć, że nie sprzyjają rozmowie i przenieśli w inny zakątek. Jedynie typek za barem mógłby ciszej narzekać, że ludzie mało jedzą, a tylko piwo żłopią.

Po bardzo przyjemnie spędzonym wieczorze szczerze chciałbym dać Banja Luce cztery gwiazdki, na które zasługuje, poza jednym detalem. Nie przeszkadza mi stylizacja restauracji na wiejską gospodę, ale nie podoba mi się ta estetyka w toalecie. Drewniane spłuczki i tego typu gadżety nie kojarzą się z higieną, a kałuża wokół muszli zdradza potrzebę częstszych wizyt kogoś z mopem (i rzadszych mało kulturalnych gości). Niezależnie od charakteru restauracji łazienki powinny być zawsze klinicznie czyste, w końcu tuż obok się je.

Cóż, liczę na zmiany, bo zamierzamy wrócić i spróbować innych rzeczy z menu.

1 komentarz:

Arim pisze...

Zaliczyłem tę restaurację swego czasu. Niestety moja towarzyszka źle znosi podroby, a tam bardzo wiele dań z karty zawiera wątróbkę, ale dało się coś wybrać. Tak czy siak, jedzenie OK, obsługa - daje radę. Byliśmy jakoś w lecie, było ciut tłoczno, ale atmosfera fajna. Niestety prowadziłem, więc bez alkoholu...