22 lip 2008

Sonata, Warszawa (***)

To dość oczywiste, że każdy rejon biurowo-mieszkalny musi mieć lokalną pizzerię. Prawo to dotyczy również odosobnionego fragmentu warszawskiej Woli, czyli końcówki ul. Olbrachta, gdzie mieści się lokal o nazwie Sonata. Ponieważ o okolicy można powiedzieć wszystko, oprócz tego, że jest interesująca lub piękna, zajmijmy się samą pizzerią.

Wnętrze jest jasne i czyste, co cieszy. Miły jest również fakt braku nadmiaru aromatycznych wyziewów z wyeksponowanej kuchni - wady wielu bardziej "ekskluzywnych" miejsc roztaczających obłoki drożdżowo-prowansalskie. Najlepszy jest jednak uśmiech kelnerek. W przeciętnej pizzerii smętne miny obsługi sprowadzają cię na ziemię i godzisz się z myślą, że przyszedłeś do koryta. Tu zaś czujesz się mile widziany i o wiele pogodniej patrzysz na przecież niezbyt wykwintne menu.

No właśnie - jedzenie. Zamówiliśmy pasty, bo ileż można jeść pizzę. Czas oczekiwania - zapowiedziany - akceptowalny, w granicach pół godziny. Niestety kuchnia popełniła trzy błędy: po pierwsze kucharz... pomylił które pasty podać z którym sosem. Znów uznanie dla kelnerek za jasne przedstawienie sytuacji i przeprosiny (zwłaszcza, że zdaje się tylko ja odróżniam tagliatelle, penne i spaghetti - reszta nie zauważyłaby może problemu). Po drugie, ostatnia z czterech porcji przyszła dobre pięć minut później niż reszta i skoro lokal ma czteroosobowe stoliki, to wyjaśnienie kucharza, że skończyły mu się garnki, jest nie do przyjęcia. Po trzecie, makaron był rozgotowany. Smaczny, ładnie zaprezentowany, ale rozgotowany.

Mimo to uważam, że Sonata ma potencjał - jeśli tylko dokona korekt w kuchni, może stać się zacnym, bezpretensjonalnym skrawkiem włoskiego smaku. Trzymam kciuki.

Brak komentarzy: